Henry Saiz – Reality Is For Those Who….

LP-Henry-639
Nie wiem, co mnie tknęło aby dokonać zakupu tego albumu. Chyba zwykła ciekawość i chęć sięgnięcia po coś nowego, z czym nie miało się do tej pory zbyt dużo do czynienia. Po ponad miesiącu od zamówienia, wspaniała – muszę przyznać – trzypłytowa winylowa edycja debiutanckiego albumu Henry’ego Saiza znalazła się w moich rękach.
Pierwsze wrażenie, to doskonała reprodukcja olejnego obrazu Frederica Remingtona z 1909 roku. Jako neofita sztuki malarskiej jestem pod ogromnym wrażeniem, tym bardziej że stosunkowo rzadko widuję dzieła sztuki na współczesnych artworkach. O ekscytacji winylami wypowiedziałem się już obszerniej (i krytycznie) w innym miejscu. Choć nadal pozostaję na stanowisku trzeźwego podejścia do sprawy, muszę przyznać, że dwa z trzech winyli (czerwony i zielony) wywołały we mnie uczucia estetyczne rzadko doznawane przy oglądaniu dzieł nie-sztuki. Przy tym płyty są wykonane z wyjątkowo sztywnego tworzywa, przez co nie sprawiają wrażenia ‚zaraz-się-zużyję’.

Jakość dźwięku: co do tego wiele osób miało zastrzeżenia, i chyba słusznie. I nie chodzi tu o jakość tłoczenia – ta bynajmniej jest znakomita – ale ogólne wrażenie płyty. Sporo dźwięków jest tak ‚przytłumiona’ i ‚przerobiona’, że ciężko wyczuć granicę między faktyczną stylizacją na przykurzony materiał, a słabym dopracowaniem dźwięku. Co do tego pierwszego jestem przekonany po przesłuchaniu kilku produkcji i remixów Saiza.
Tutaj idzie to na minus.

Podobnie wokale. Za wielki plus dla Natura Sonoris i Saiza poczytuję wydrukowanie na jednej ze stron okładki tekstów do wszystkich numerów, w których on rzecz jasna występuje. Nie rozumiem natomiast, dlaczego praktycznie wszystkie wokale zostały koszmarnie wręcz przefiltrowane i przesterowane, do tego stopnia, że ciężko ogarnąć poszczególne słowa. Doskonałym przykładem jest ‚Love Mythology’, w którym wokal brzmi jakby był nagrywany ze studni. Nie trafia to do mnie kompletnie, choć numer jest genialny (o tym później). Podobnie zamykający numer, a otwierający promocję albumu, ‚All the evil in this world’. Wokal brzmi tak dziecięco i infantylnie, że wstydzę się puszczać ten numer znajomym, choć w warstwie nie-wokalnej jest po prostu perfekcyjny. Wokal NISZCZY wszystko… Henry, why?

To chyba tyle, jeśli chodzi o gorzkie żale na fujarce, grane ogólnie.

Numerów jest bardzo dużo, bo aż siedemnaście. Pozwolę sobie polecieć z opinią wg kolejności.

Otwierające album trzy numery: „Moonlight Wolf” (nawiązujący ściśle do tytułu obrazu na okładce), „Sleepwalk” i „Love Mythology” to zdecydowanie najmocniejsza strona albumu (winylowego). Pierwszy numer bombarduje linią basową i fenomenalnym breakdownem, drugi saksofonem, a trzeci imprezową mocą – to bodaj najbardziej house’owe nagranie na tej płycie. Ale znowu wokal… ‚Of muses and slaves’ przypomina bardzo dokonania Arila Brikhy z albumu ‚Ex Machina’, ale klimat Saizowy jest obecny w całości. Dwa kolejne numery (‚Just An Illusion’ i ‚Spiricom’) swoim koszmarnym klimatem w nader przykry sposób kompensują genialność strony odwrotnej. Delete.

Kolejny winyl otwiera wspaniałe ‚The Light’. Tutaj wokal – emanujący dojrzałością kobiecy głos – nie został w zupełności wykastrowany. I wyszedł piękny, melodyjny numer, jeden z moich ulubionych z albumu, zważywszy na tekst. Zaraz za nim – ‚Golden Air’: numer moim zdaniem bardzo mocno nawiązujący do obecnego klimatu sceny progressive. I tyle mam o nim do powiedzenia. ‚Death Drive’ powinien być dłuższy, a zarazem kończyć płytę. Klimat jest wręcz niesamowity, tchnie jakimś strachem, ciemnością.

‚Rave flute’ kompletnie bezpłciowe, podobnie jak ‚Take Me Home’, brzmiące jak OST najnowszej reklamy sieci Orange albo innego Vodafone. ‚Fill me up’ to bodaj najświeższy singiel z albumu. Wokal jest fajny (i szczęśliwie oszczędzony przed nadmiernym efekciarstwem), a numer sam w sobie jest bardzo pozytywny. Co do ‚Afraid’ to mam podobne odczucia jak w przypadku ‚Golden Air’ – przeznaczenie klubowe. ‚Mirage’, otwierające przedostatnią stronę albumu, w stylistyce – choć nieco uproszczonej – nawiązuje mimowolnie do produkcji Bonobo. Ale robi to w sposób tak chwytliwy i nienachalny, że ciężko nie oprzeć się klimatowi tego numeru, zwłaszcza od deklamowanego po japońsku (!) breakdownu.

‚Natura Sonoris’ – po pierwszych dwóch minutach przesuwam igłę dalej, a tam: ‚Hymn to Nowhere’. Niestety, tutaj też nie jest za dobrze. Paradoksalnie sytuację ratuje ‚All The Evil In This World’. Pomimo dziecinnego wokalu, o czym już pisałem, numer w warstwie instrumentalnej jest znakomity, zwłaszcza to, co dzieje się po czwartej minucie. I tutaj igła dociera spiralą do labela, kończąc tę prawie stuminutową podróż.

Na pytanie zasadnicze: czy było warto? – nie znam na chwilę obecną ostatecznej odpowiedzi. Bilans zysków i strat chyli się raczej ku tej drugiej opcji, ale może się to zmieni? Mawiają, że winyl jest wieczny…

Artysta: Henry Saiz
Nazwa: Reality Is For Those Who Are Not Strong Enough To Confront Their Dreams
Label: Natura Sonoris
Data wydania: 10-06-2013
Gatunek: Electronic
Styl: Techno / House

Tracklist:
1. Moonlight Wolf
2. Sleepwalk
3. Love Mythology
4. Of Muses & Slaves
5. Just An Illusion
6. Spiricom (see you soon)
7. The Light
8. Golden Air
9. Death Drive
10. Rave Flute
11. Take Me Home
12. Fill Me Up
13. Afraid
14. Mirage
15. Natura Sonoris
16. Hymn to Nowhere
17. All The Evil Of This World

Skomentuj na forum: Henry Saiz – Reality Is For Those Who Are Not Strong Enough

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress