Moshic – Salamat

mo

2005 rok.
Moshic.
Contrast Records.
Debiutancki album.

Brzmi wystarczająco dobrze?
Tak! Bo inaczej być nie może.

Wówczas byłem gdzieś względnie blisko Moshica, ponieważ byłem mocno zaaferowany sceną progressive (Moshic w amerykańskim Pitch Black, w holenderskim Cyber). A, że przy okazji dość aktywnie uczestniczyłem w życiu forum progg.pl, nadarzyła się okazja nabycia debiutanckiego albumu Moshica za pośrednictwem electronicmusic.pl. Za całość zapłaciłem nie więcej jak 45 złotych (promocyjna cena digipaka + koszty przesyłki). W ten sposób stałem się właścicielem tego wydawnictwa, jak się okazało – rewalacyjnego.

Tutaj nie sposób ominąć mojej recenzji opublikowanej na stronach forum progg.pl, która niestety zaginęła w czeluściach. A tenże opis pamiętał nasz Remik, wymuszając momentami na mnie jego rekonstrukcję.
Nie będzie mnie na takową stać, zatem postaram się dopisać coś więcej, wszak minęło aż siedem lat od wydania płyty.

Album się zdecydowanie broni. I to niemałymi środkami: oryginalne sample wokalne, każdy numer na pierwszej płycie ma inny kickdrum i linię basową, a całość jest zmiksowana wprost wzorowo. To pewnie zasługa ogólnej cyfryzacji, ale mniejsza z tym. Słucha się płyty z ciekawością: co będzie dalej?

Intro jest genialne, przypomina nieco ‚Myth Of osiris (Part 2)’. Dalej miejsca na prog breaks już nie ma. Topowe numery to ‚It could be your time’ z rewelacyjną psy-trance’ową linią basową w breakdownie, urywa uszy, choć to nieskomplikowany element. Prog-trance’owa ‚Primavera’ dopełnia czary rewelacji tego albumu, po prostu \o/

Z perspektywy czasu widać, że Moshic cały czas chce dać z jednej strony hipnozę grania progresywnego, a z drugiej – chill-outowego, downtempo. Tutaj mieliśmy po raz pierwszy do czynienia z takim eksperymentem, powtarzanym z każdym kolejnym albumem Moshica. Jak to wyszło, po raz pierwszy? Moim zdaniem – znakomicie. Z małymi wyjątkami, ale jednak – znakomicie.
Każdy numer przynosi nam coś zgoła odmiennego, zarówno w formie (inna struktura każdego numeru, szacunek dla Moshica), jak i w treści.
Jedyna, dosłownie: jedyna rzecz, która mnie maksymalnie wkurwia, to początek ‚The Kid, The Piano, The War’. Totalnie zbędne plumkanie w pianino czteroletniego Moshica albo innego Michała, generalnie: dno i pięć metrów amatorskiego mułu.
Poza tym, druga płyta jest arcydziełem jednego ze współtwórców nowoczesnego brzmienia progressive house. Tym samym postawił on standard, który – stwierdzam to z przykrością – nawet on sam, swoimi kolejnymi edycjami 2xCD nie jest w stanie dosięgnąć. I tak niestety pozostanie.

Sumując całość moich przemyśleń: album dla każdego miłośnika solidnego progressive. Zarówno spod znaku Henry’ego Saiza i Johna Digweeda ad 2013, jak i tych bardziej oldskulowych.

Label: Yoyo
Numer katalogowy: YOYO73
Format: cd, mp3
Data wydania:2005
Gatunek: Progressive House, Downtempo

Lista utworów:

Progressive:
Those Good Old Days 8:32
El Brujo 7:05
Madadayo 6:13
It Could Be Your Time 6:35
Life On The Edge 7:49
Primavera 7:34
Salamat 8:18
Nine Gates 8:18
Inside Doors 7:27
Come Home With Me 9:04

Downbeat:
Long Desert Voyage 4:56
Aurora Borealis 7:33
Kivanlak 6:33
Listen To Music Forever 6:32
Bardo Thodol 2:35
Path To Light 1:29
The Kid, The Piano, The War 4:30
Drongo 8:59
Choice 9:09
Ashray 7:25
Dark Side Is Beauty 7:00
Surrealist (Walking By Myself) 8:02

Skomentuj na forum: Moshic – Salamat

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress